Święto NBA w Manchesterze



W dniu 8 października, po raz pierwszy w historii zawodnicy NBA stoczyli towarzyskie starcie w Manchesterze – jak się okazuje, bardzo małym mieście (Manchester jako taki ma około 3 km wszerz, z kolei cała aglomeracja, czytaj kilka sąsiednich miast, czyni z tzw. Greater Manchester drugą największą w Wielkiej Brytanii), w którym czerwona cegła będąca pozostałością industrialnej przeszłości miesza się z nowoczesnymi, przeszklonymi wieżowcami, a wszystko to okala typowo angielska mgła zmieszana ze smogiem. Jednym słowem Warszawa i Łódź w jednym.

Manchester nie jest szczególnie atrakcyjny dla turystów i ze świecą szukać ludzi błąkających się po ulicach z mapami. Scenę sportową zdominowały Czerwone Diabły, mistrzowie Premier League z zeszłego sezonu, którzy stoją teraz na podobnym rozstaju dróg jak Los Angeles Lakers trzy lata temu, jak nie gorzej. Gazety sportowe od góry do brzegu wypełnione są piłkarzami United, a dopiero na ostatnich stronach pojawiają się newsy o Kevinie Durancie i innych koszykarzach, którzy 8 października wieczorem pojawili się w Arenie. Nie dziwne zatem, że Amerykanie opowiadali o tym, jak to mogli po raz pierwszy od dawna przespacerować się swobodnie po mieście wśród zupełnie obojętnych na nich mieszkańców Manchesteru. 

Dlaczego non-shooting foul był słuszną decyzją

W dogrywce wczorajszego, niezwykle ekscytującego meczu Orlando Magic - Miami Heat miała miejsce kontrowersyjna sytuacja. Na nieco ponad 2 minuty przed końcem spotkania, gospodarze prowadzili 2 punktami, a goście byli przy piłce. Drużyna Erica Spoelstry zdecydowała się na prosty pick’n’roll z Dwyanem Wadem i Chrisem Boshem. Zagranie kończy się sukcesem, a wysoki Żarów uwalnia się po ścięciu w pole 3 sekund, gdzie pomocy w obronie udziela Jameer Nelson. Rozgrywający Magic fatalnie się jednak ustawia – nie ma żadnych wątpliwości, że stanął w obrębie restricted area i w związku z tym nie może być mowy o faulu w ataku. Co więcej, Bosh trafia do kosza i kiedy wydawało się, że Heat będą mieli szansę wyjść na prowadzenie, sędziowie odgwizdują non-shooting foul i Żary muszą zaczynać akcję z boku wciąż tracąc 2 punkty do gospodarzy.

Defensywny majstersztyk Grizzlies

Niedawno Adam pisał na łamach Czwartej Kwarty o jednej z najciekawszych drużyn, o których się mało mówi, to jest Memphis Grizzlies i ich niesamowitej postawie w defensywie. Wczoraj, Niedźwiadki potwierdziły swoją reputację defensywnych dominatorów – zatrzymali jedną z najbardziej efektywnych ofensyw w NBA (i zespół, który zdobywa średnio najwięcej punktów na mecz w tym sezonie) na skuteczności poniżej 30% w drugiej połowie (5-16 w 3 kwarcie i 7-17 w czwartej) i odnieśli w Kolorado cenne zwycięstwo, które może mieć ogromne znaczenie w kontekście rozstawienia w playoffs.

Clutch or not

Każdego roku, począwszy od 2006, w stolicy stanu Massachusetts odbywa się konferencja MIT Sloan Sports Analytics, organizowana przez studentów Massachusetts Institute of Technology działających pod czujnym okiem Daryla Moreya (GM Houston Rockets) i Jessiki Gelman (wiceprezes do spraw marketingu i strategii zarządzania klientami grupy Kraft Sports). Na każdą z konferencji zapraszani są wybitni zawodnicy, trenerzy, a czasem nawet aktorzy (w tym roku pojawił się Drew Carey, znany z prowadzenia programu Whose Line is it Anyway?), którzy zachęcani są do włączenia się w pracę paneli dyskusyjnych, na łamach których eksperci i analitycy sportowi przedstawiają wyniki swoich badań. Najczęściej, skupiają się one na (często niezwykle skomplikowanej) analizie statystycznej. Choć rezultaty są często kontrowersyjne i dla wielu niezgodne z duchem gry (jak wiemy, światek NBA dzieli się na statystycznych nerdów oraz tych, którzy uważają, że koszykarskiej rzeczywistości nie da matematycznie uchwycić), to zawsze stanowią niezwykle interesujący punkt widzenia na to, co oglądamy na co dzień na parkietach NBA.